Forum Strzelcy Kaniowscy - Forum Strona Główna

 Wspomnienia z wojny 1920 roku

Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
dj
sympatyk / przyjaciel
sympatyk / przyjaciel


Dołączył: 04 Lip 2006
Posty: 557
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Domaniew k/Pruszkowa

PostWysłany: Czw 8:14, 04 Cze 2009    Temat postu: Wspomnienia z wojny 1920 roku

Zaczerpnięte z [link widoczny dla zalogowanych]
Cytat:

Jerzy Borysowicz

Wspomnienia 1919 - 1920


Baczność !
Na życzenie kochających i bardzo kochanych Dzieci starszy strzelec 30 pułku Strzelców Kaniowskich odczyta przebieg służby wojskowej w latach 1919-1920 Spocznij !
Urodziłem się 28 kwietnia 1904 roku w Antopolu na ziemi witebskiej1, szlachcic herbu Dryja, potomek Lachów z domieszką krwi Litwinów, Tatarów, Białorusinów, Zagończyków, a być może i Lisowczyków, którzy chodzili przez Bramę Smoleńską, Orszę i Połock na Moskwę.....

--------------------------------------------------------------------------------

Dzieci kochane, zbiórka !


Siadajcie, kto pali (Bożenka) może palić, ale spać nie wolno, choć dalszy ciąg przebiegu służby wojskowej st. strzelca 30 pułku Strzelców Kaniowskich będzie długi, rozwlekły i przez to nudny, ale chcieliście to macie !...


W roku 1918 przeczytałem w rosyjskiej gazecie, mocno pachnącej świeżą farbą drukarską, że gen. Dowbór-Muśnicki (który organizował Armię Polską w Bobrójsku, z Polaków wcielonych do wojsk rosyjskich), iż w razie potrzeby powoła do służby wojskowej nawet szesnastolatków, a brakło mnie do tego niewiele.

W 1919 r. korzystając z zamieszania na pobliskim froncie (powstałego na skutek wypadu dywizji Litewsko-Białoruskiej), tak jak byłem ubrany, w grudniu, przed zachodem słońca, uciekłem z domu. Ojciec był zajęty wieczornymi obrządkami. gospodarczymi Po przejściu siedmiu wiorst było już niemal ciemno. Blisko kościoła parafialnego mieszkał stryj Kazimierz Jermołowicz. Miał bardzo bystry umysł więc nie zatrzymałem się u niego, bo mógłby powstrzymać mnie od mojego zamiaru, a poza tym Ojciec na koniu mógł dopaść mnie. Więc dalej, już prawie o zupełnym zmierzchu wędrowałem spodziewając się, że w miasteczku Kamień odległym o dalsze 7 wiorst, zatrzyma mnie polska pikieta. Przed tym miasteczkiem, obok drogi, nad taflą jeziora Czarosowo, chmary wron z krzykiem żerowały na poległych tam żołnierzach radzieckich. Nikt mnie nie spotkał w Kamieniu, tylko psy ściszonym warczeniem pod wrotniami zamkniętych bram, donosiły o śladach życia w mieszkaniach.



O kilometr za miasteczkiem, cmentarz katolicki z dużą kaplicą cmentarną. W lewym rogu cmentarza gniazdo mogił zmarłych Borysowiczów i ich krewnych, grób mojej nieznanej mnie Matki. Odmówiłem, stojąc bez czapki i jakiegokolwiek strachu, "Wieczny odpoczynek". Po następnych dwóch kilometrach dotarłem do siedziby' Jermołowiczów w Kumielówce. Śmiało zakołatałem do drzwi, a Babcia usłyszawszy mój głos otworzyła drzwi. Wyjaśniłem, że idę do powiatowego miasta Lepel, gdzie czeka mnie brat Antoś, by zabrać na dalsza naukę do Krakowa. Czy mogła Babcia sądzić, że było to zuchwałe kłamstwo? Co dalej było nie pamiętam, zapadłem w głęboki sen.

Na drugi dzień (chyba l9. XII.1919) miałem przygotowane przez Babcię rękawiczki i dobrze rozgotowany ryż na mleku - Babcia wiedziała jak ja lubię ryż (a obecnie smak jego dobrze pamiętam i służy mnie probierzem dobroci ugotowanego ryżu, ile razy go jem). Napisałem list do Ojca z przeprosinami, że oddaliłem się z domu bez pożegnania, o zamiarze wstąpienia do wojska nie wspominałem Razem z listem zostawiłem tzw. paszport - odpowiednik obecnego dowodu osobistego, by Ojciec w razie potrzeby mógł wytłumaczyć się, że jako urodzony w r. 1904 nie oddaliłem się z domu w celu uniknięcia poboru do armii radzieckiej. Sobie zostawiłem jako dokument świadectwo harcerskie z przerobiona przeze mnie datą urodzenia 28. IV.1904 na 28. IV.1903. Tyle razy już nakłamałem i to jako harcerz, ale w imię pierwszego przykazania harcerskiego: Miłości Boga i Ojczyzny.

Odprowadziła mnie siostra Matki mojej Maryla do krynicy tj. źródła wiecznie żywej wody, jakby gotującej się. W następnej wsi Babcza, zastałem na ulicy tłum miejscowych ludzi, w związku z mającym się odbyć pogrzebem ofiary wczorajszego wypadu Litewsko-Białoruskiej Dywizji. Wmieszałem się w tłum, chciałem czegoś dowiedzieć się, a przede wszystkim, czy daleko są Wojska Polskie. Niebawem posłyszałem narastający szmer - o, idą... idą... - i zobaczyłem patrol wojskową, sowiecką, która po otrzymaniu wiadomości, że w pobliżu nie ma oddziałów W.P. udała się drogą w kierunku Lepla. Droga do Lepla została dla mnie zamknięta. Musiałem cofnąć się i pójść inną, prawie nieznaną mnie drogą na Berezynę. Droga bez śladów, zamieciona śniegiem. I tu przeżyłem chwilę słabości - wrócić znaną drogą do domu wstyd i nie dopięcie zamiaru! I poszedłem w sznurowanych bucikach, po głębokim śniegu do pobliskiej, widocznej wsi Kozłowo. U spotkanego w tej wsi chłopa zapytałem, czy daleko są Wojska Polskie? Chłop (widocznie zwolennik władzy sowieckiej) zapytany odpowiedział pytaniem, czego ja chcę od Polaków? Bez wahania znowu skłamałem - idę kupić soli. Trzeba nadmienić, że o sól po stronie sowieckiej było bardzo trudno beczki po ogórkach, worki po soli wrzucano do potraw. Odpowiedź moja uspokoiła tego zwolennika władzy sowieckiej, ale nie zaproponował mnie soli, ani dał odpowiedź. Zresztą po paru minutach dalszej drogi usłyszałem pojedyncze strzały karabinowe. Domyśliłem się, że w następnej, niedaleko leżącej wsi Ładosno, są Polacy. Istotnie, rekwirowali zboże i inne produkty żywnościowe - bo na froncie wojsko pod względem wyżywienia, musiało być często samowystarczalne. Spotkani żołnierze nie przyjęli mnie z entuzjazmem Zaprowadzili do chałupy chłopskiej i kazali czekać, a właścicielowi chaty mnie pilnować, bym się nie oddalił. Po krótkim czekaniu zabrano mnie na sanie zwane rozwalonkami i razem pojechaliśmy na placówkę (wieś Zaborje). Wyjaśnię, że placówką nazywano wieś wysunięta na czoło frontu, w której po kolei pełnił służbę patrolową jeden pluton, a dwa pozostałe kwaterowały w tyle z kuchnią i taborem.

Wprowadzono mnie do izby oświetlonej łuczywem, zimnej i wilgotnej, z klepiskiem zamiast podłogi. Byłem w niepewności i znużony. Zmęczenia, a przede wszystkim napięcia nerwowego dopełnił przysiadły do mnie szeregowiec z poboru, a nie ochotnik - koniuch folwarczny Gowin. Gdy zapytał mnie, czy damy radę z bolszewikami, to jakby oblał zimną wodą. Mimo mojego znużenia i oburzenia tym pytaniem odpowiedziałem krótko, że poradzimy z nimi. Wkrótce z placówki odjechaliśmy do plutonów rezerwowych, gdzie kwaterował dowódca 6 kompani II batalionu 30 pułku Strzelców Kaniowskich porucznik Ilinicz. Przyjął mnie leżąc, do czego nie byłem przyzwyczajony w domu. Okazałem swoje sfałszowane świadectwo harcerskie i starałem się jak mogłem uzasadnić swoją polskość i uczucia potrzeby obrony Ojczyzny. Nieopatrznie powiedziałem, że w 14 pułku piechoty służy mój starszy brat. Dowódca nakazał mnie umundurować, a przyjęcie do wojska uzależnił od decyzji brata mojego Piotra, do którego polecił napisać Przydzielił mnie "na razie" do kancelarii i polecił opiece szefowi - st. sierżantowi Sobierajowi, z okolic Tomaszowa Mazowieckiego, oraz pisarzowi, o rok ode mnie starszemu Andrzejewskiemu z Łodzi.

Odetchnąłem. Lampa naftowa, śpiewy piosenek wojskowych polskich, banknoty z orzełkiem polskim, no i zaspokojenie głodu blinami kartoflanymi wprost z patelni, branymi tym razem, tylko z wewnętrznym oporem, palcami. Potem twardy sen na rozesłanej na podłodze słomie - nie miałem żalu za wygodami domowymi i Ojcem Na drugi dzień mycie się w zimnej wodzie i wycieranie mokrym ręcznikiem płóciennym z "daczki". Wieś gdzie stacjonowały dwa plutony rezerwowe i gdzie ja zainstalowałem się, nazywała się Woroń. Był w pobliżu wodny młyn, gdzie mełło się zarekwirowane zboże. Spacer z Andrzejewskim. zapytał czy umiem strzelać i dał swój karabin, pokazując cel. Strzelam imponująco celnie za pierwszym razem. Później ćwiczeniach strzelania do celu byłem najlepszym strzelcem, bo dość wyćwiczyłem się najpierw w strzelaniu do celu z łuku, potem z floweru i wreszcie z karabinów, których kilka zrabowałem ze składu broni w Połockich Koszarach, pozostawionych przez sowietów bez dozoru.

24.XII.1919 - Wigilia
Nie odczuwałem braku domu i nawet Ojca. Kolędy, odgłosy żołnierskich piosenek jak np.

Gdy ciemna noc już zapada
pożary w oczach zapłoną,
do naszych serc się zakrada
jakaś tajemna moc...

lub

Raz w ciemna noc do pewnej wsi
szedł żołnierz po kwaterze
i do młynarki zaszedł drzwi
i wnet je szturmem bierze.
Młynarko puść do diabłów stu,
nie będę stał na zimnie,
za każdy całus dam ci kwit,
a NKN3 zapłaci

albo:

Antek Mańkę wziął pod boki
husia siusia, husia siusia,
elegancko stawia kroki
husia siusia husia siusia".

Żołnierze dostali paczki z podarunkami od kobiet (Biały Krzyż) w postaci papierosów, kominiarek i. t. p. drobiazgów. Ja nic nie dostałem, ale nie czułem się pokrzywdzony. Czekała mnie jednak tego dnia, a raczej tej nocy, wielka niespodzianka - podarunek karabinu i ładownicy z nabojami. Wesoły gwar i śpiew przerwał zza okna krzyk - Alarm. Zgaszono światło. Tabory i dwa plutony kompanii ruszyły do odległego o kilka kilometrów traktu prowadzącego z miasta Lepla do Uszaczy. Po paru godzinach dowódca zapytał kto pójdzie w patrolu do opuszczonej wsi Woroń. Zgłosił się Andrzejewski i ja; dowódca rzucił pytanie czy umiem strzelać? Moją twierdzącą odpowiedź poparł Andrzejewski, że bardzo celnie strzelam, co stwierdził naocznie. Wydać karabin i ładownicę z nabojami - rzucił rozkaz dowódca. To był mój wigilijny prezent i pasowanie mnie na żołnierza.

Poszliśmy szybko, ale czujnie rozglądając się, do wsi Woroń, gdzie poprzednio kwaterowaliśmy. Od naszego gospodarza dowiedzieliśmy się, że do wsi nie przychodzili bolszewicy i że obecnie we wsi nie ma żadnego wojska. Cel patrolu wykonaliśmy, a w uzupełnieniu zabraliśmy śledzie moczone w wodzie, których nie zjedliśmy w piątek i w sobotę wigilijną. Była tu inicjatywa Andrzejewskiego, bo przewidział, że możemy w pierwszy dzień Bożego Narodzenia 1919 roku nie mieć nic do jedzenia. Andrzejewski włożył mokre, pachnące czy śmierdzące (jak kto woli ocenić zapach śledzi) do swojego chlebaka. Ja nie miałem chlebaka, z czego w tej chwili cieszyłem się. Przeszliśmy się wzdłuż wsi i wróciliśmy do dowódcy, meldując, że we wsi nieprzyjaciela nie ma.

Zaczynało świtać. Zimno, niewyspanie, głód dawały o sobie coraz silniej znać. Dowódca nakazał powrót na stare kwatery. Miał już wiadomość z plutonu pełniącego służbę na placówce (wieś Zaborije), że bolszewicy zrobili rewanż za wypad Litewsko-Białoruskiej Dywizji, ale niezbyt udany. Zostało zabitych dwóch szeregowców (Józef Dubiel, drugiego nazwiska nie pamiętam), zabrali nierozładowane dary świąteczne i wycofali się na stare pozycje, nie zdobywając Lepla, co podobno było ich zamiarem. Nie zaskoczyli czuwających tam oddziałów Wojsk Polskich. Około południa zjawił się nasz zbrojmistrz - szeregowiec Nowak. Sądziliśmy, że został zabrany do niewoli, ale on przesiedział w stodole, pod sianem zanim nie upewnił się, że bolszewicy odeszli. Podśmiewali się z niego, że miał pitra. Wkrótce wrócił do normy i zaczął wygrywać na organkach ulubioną melodię "Patrz jak morze słodko wzdycha". Męczył mnie również, bym Go nauczył piosenki "Bradiaga". Andrzejewski dobrze przewidywał - po drodze sanie kuchenne przewróciły się. Do jedzenia zostały wymoczone śledzie oraz żywa kura Szefa, jak nazywano st. sierżanta Sobieraja. Tak obchodziliśmy pierwszy dzień Bożego Narodzenia w 1919 roku, ale nie tęskniłem za kolacja wigilijną w domu.

W lutym 1920 r. w dzień Matki Boskiej Gromnicznej po raz pierwszy ścisnęło się mnie serce i zakręciły łzy, gdy przypomniałem, że Ojciec razem ze świecami, które pomagałem mu robić, uda się samotnie do kościoła by te świece ofiarować - tak czynił co roku. Słońce świeciło już jaśniej, gdy biegłem do kuchni po kawę zbożową i chleb - bardzo mnie smakowały. W dniu 2O.II.1920 przyjechał do nas kapelan wojskowy, nazwisko jego wypadło z pamięci, przyniósł on nam radosną wieść o zaślubinach Wojska Polskiego z Bałtykiem, którego dokonał gen. Haller rzucając pierścień zaślubinowy do morza. Musiałem pobiec po płaszcz i czapkę wojskową kapelana by przynieść je przed jego odjazdem. Widziałem dezaprobatę na twarzach żołnierzy bo założyłem czapkę wojskową kapelana na głowę a płaszcz narzuciłem na ramiona.

Zmienialiśmy co pewien czas miejsce postoju. Z uczuciem dziecięcej radości szedłem za dowódcą i jego zastępcą (Skjoldkrona - Szulc) w ładnych ubraniach - kurtkach oficerskich, jakbym był równy w pełnionych obowiązkach. Kilkakrotnie były pozorowane "wypady". Ponieważ wciąż byłem przy kancelarii ~ a chciałem brać udział w tych wypadach, łatwo wyprosiłem zezwolenie u dowódcy, a potem czułem się zawiedzionym i oszukanym, że to wypad nie prawdziwy, nie zrażałem się jednak. W marcu nad Dzisna czy Dźwiną w miejscowości Pakost był prawdziwy wypad. Patrol złożona z dwóch żołnierzy długo nie wracała, dowódca zaniepokojony czy nie zostali ci żołnierze złapani wysłał drugą patrol, w której wraz z innymi żołnierzami brałem udział. Na równej tafli lodu przysypanej płytko śniegiem, przy poświacie księżyca schowanego poza cienka, równomierną warstwą chmur, zobaczyliśmy dwa cienie; ze ściszonym - Ręce do góry - złapaliśmy dwóch jeńców. Niestety była to nasza patrol, która ku wielkiemu wstydowi kompani, rzuciła broń i podniosła ręce do góry. Dowódca kompanii nakazał zachować w tajemnicy ten haniebny czyn i ukarać ich w swoim czasie daniem koca. Jeden z delikwentów nazywał się Trębowski; ponieważ był to czas Wielkiego Postu, więc śpiewał on, a raczej trąbił, pieśni wielkopostne - koca jednak dostał. Danie koca wykonywało się w ten sposób, że przestępcy narzucano na głowę koc, gdy on wychodził przez drzwi z innego pokoju i wtedy bito go pięściami kto chciał i ile chciał.

I tak czas zbiegał, aż zbliżyło się Święto Wielkiej Nocy. 30 Pułk Strzelców Kaniowskich został załadowany do pociągu towarowego (stacja Parafianowo lub Woropajewo, nie pamiętam dokładnie) i wysłani do Wilna na uzupełnienie i wypoczynek. W pociągu było zimno, a w każdym razie zimniej niż w chłopskich chałupach. Jak długo trwała podróż nie pamiętam, wydaje się że krótko. Tryumfalnie wjechałem na wozie z papierami i innymi dodatkami kancelaryjnymi do Wilna; obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej był zakryty. Rozlokowaliśmy się w Koszarach pospolicie zwanych Ignacowskimi (w dawnym klasztorze 00 Jezuitów, św. Ignacego Loyoli). Z okna widok na ogród S.S. Wizytek i piękny barokowy kościół św. Katarzyny. Nie gwoli złośliwości, ale dla uweselenia monotonności życia zakonnego stawiałem na oknie patefon i grałem wszystkie płyty, przeważnie sztajerki, oberki itp. W Wilnie powstała trudność z moim zaprowiantowaniem, bo każdy żołnierz dostawał swój przydział. Tzw. prowiantowy - plut. Michalak zwrócił się do dowódcy kompanii by rozwiązać tą sprawę; dowódca załatwił prosto: proszę podać w raporcie o stanie kompanii, że strzelec Jerzy Borysowicz przybył z urlopu, zaliczyć mu żołd i menaż.

W ten sposób zostałem prawdziwym strzelcem 6 kompanii II batalionu 30 pułku Strzelców Kaniowskich; nie byłem już bezdomnym włóczęgą, choć nie było mnie z tym źle. Na drugi dzień po zaliczeniu mnie na żołd i menaż otrzymałem list od brata Piotrusia. List nie bez wyrazów radości, zdziwienia i zadowolenia że jestem w Wojsku Polskim, powiadamiający, że jest zdrowym i stacjonuje blisko stacji Ulewsk, na linii Sarny - Kijów. Dowódca kompanii udzielił mnie trzydniowego urlopu, bo tyle mógł dać, a resztę "załatwi brat". Jechałem do Piotrusia przeważnie pociągami towarowymi lub lokomotywami, było trochę za gorąco w ubraniu i płaszczu wojskowym. Pociągi towarowe wlokły się powoli, można było wyskoczyć i urwać kwiatów - było ich dużo, bo był maj, kwitły gdzieniegdzie róże polianty obsadzane wzdłuż torów kolejowych. Radość czekającego spotkania z dawno niewidzianym bratem (chociaż z budzącą się czasem obawą. że mógł już zginąć) i wiosna rozpierały mnie beztroska i radością; miałem widocznie dostatecznie prowiantu bo nie pamiętam bym odczuwał głód lub brak snu. Tylko w okolicy Pińszczyzny dokuczliwe były komary; doświadczony konduktor pociągu poradził palić nagromadzone na podłodze wagonu śmiecie, by je wystraszyć - rada była skuteczna.

W Olewsku zastałem Piotrusia leżącego na trawie podwórka i prowadzącego śledztwo. Chłop mały, obrośnięty, o zastrachanym wyglądzie posądzony był o szpiegostwo, Może to była prawda, ale ja przyjechałem by zobaczyć się z dawno niewidzianym bratem, a nie na przysłuchiwanie się śledztwu; brat był tak zacietrzewiony, że zapomniał o moim przybyciu zażądałem przerwania indagacji chłopa - brat kazał go zamknąć w małym chlewiku i zajął się mną. Tym razem ja z powodu zmęczenia nie mogłem długo cieszyć się spotkaniem: zaraz poszedłem spać. Nazajutrz Piotruś załatwił urlop na dalsze trzy dni, przebrał w oficerskie ubranie (bez dystynkcji) i nakrycie głowy oraz załatwił podróż do Wilna z transportem artylerii. w Wilnie brałem udział w defiladzie kampanii ku niezadowoleniu strzelców, bo karabin był nieco za duży na mój wzrost, a poza tym umiałem go nosić tylko w marszu polowym, natomiast na defiladzie lufa zmieniała pozycję to w prawo, to w lewo, to za bardzo do góry a najczęściej za nisko, w porównaniu z karabinami mojego szeregu. Marszowego dowódcę kompanii widocznie to nie raziło, może dlatego, że prowadził kompanię idąc z przodu, a może tolerował u mnie brak drylu wojskowego - wolał mnie puszczać na wypady i patrole. Zostałem wytypowany beż mojej wiedzy na kursy referentów oświatowych. Odbywały się one w głównym gmachu wskrzeszonego Uniwersytetu Stefana Batorego. I tak przekroczyłem, jako jeden z pierwszych słuchaczy, progi tej Wszechnicy. Mieliśmy swoja stołówkę - jadaliśmy obiady siedząc i co było wtedy luksusem, z talerzy. Naprzeciwko mieliśmy spanie w tzw. "Izbie żołnierskiej" na ulicy Świętojańskiej vis a vis kościółka św. Teresy - zorganizowane przez patriotyczne panie z "Białego Krzyża" C zapamiętałem nazwisko p. Dawldowskiej). Ubikacje mieszczące się w podwórku były odstraszające. Nie byłem częstym gościem kościołów wileńskich ani Ostrej Bramy - byłem religijnie niedojrzały, natomiast poszedłem po raz pierwszy do fryzjera - na ulicę Gaona Dwóch młodych fryzjerczyków - żydów spostrzegło, że jestem klientem nieobytym i odbywali na mojej młodej twarzy wszelkie ćwiczenia praktykanckie, a ja trochę onieśmielony na wszystko przyzwalałem, co mnie proponowano - a więc masaż, woda kolońska (chyba najciekawsza - bo wogóle nie miała zapachu), pudrowania i. t. p. Ile zapłaciłem, nie pamiętam, ale forsy miałem jak lodu. Wyszedłem odmłodzony i piękny jak Apollo. Dziewczyny "piękności nocy" były w lej dzielnicy liczne, ale nie czepiał y się mnie, widocznie wyglądałem na młokosa, szczególnie po ogoleniu; miały rację, ja ich nie szukałem i nie pożądałem.

Piszę o drobnych zdarzeniach, a zapomniałem o jednym o którym musiałbym napisać wcześniej, więc piszę teraz. Odjeżdżając z frontu do Wilna byłem niedaleko Lepla (7 wiorst). W 1918 roku zostało tam zorganizowane polskie gimnazjum, gdzie kontynuowałem swoją naukę, zamiast jak dotychczas w Połocku nad Dźwiną Zach., bo było bliżej domu i łatwiej Ojcu dostarczać prowiant. Poznałem tam dwie miłe koleżanki: Zofię Zdrojewską, - krewną naszych sąsiadów z Antopola. Siostra jej, żona ułana, obdarowała mnie raz pięknymi narcyzami, które szczególnie lubiłem pośród innych kwiatów. Druga koleżanka, Przyborowska zyskała moją sympatię tym, że miała nazwisko bardzo cenionego przeze mnie autora "Bitwy pod Raszynem". Czy ja ich czymś pociągałem, nie wiem, były dojrzalsze, mniej dziecinne, a ja byłem wierny mojej Maniusi chyba przez upór, hołd wierności mojej miłości i dziewczynie. Choć ją dotychczas pamiętam i mógłbym spotkać się, ale boję się rozczarowania i rozwiania mitu ideału piękności. Otóż po dość długim odskoku wracam do tematu. Po powrocie władz sowieckich charakter gimnazjum oraz personel nauczycielski zmienił się. Niski poziom wiedzy, odejście uczniów Polaków, moje zadziorności, niemal bójki z uczniami żydami - skłoniły mnie bez porozumienia się z Ojcem do samowolnego opuszczenia tej szkoły. Ojciec uznał słuszność tego postępku Zapomniałem dodać, że w gimnazjum była piękna Żydóweczka - Lurija, która darzyła mnie niekłamaną sympatia -ja jednak w tym czasie byłem antysemitą, choć tego na zewnątrz nie okazywałem.

Po tej dygresji znowu wracam do tematu. Postanowiłem zabrać z gimnazjum lepelskiego swoje świadectwo z aktualnymi stopniami z nauki i zachowania oraz ukończenia czterech klas gimnazjum w Połocku Dowódca zgodził się, więc zamiast noclegu w majątku Zabłocie (pałac dwupiętrowy, barokowy) pana Sipajły, udałem się w księżycową noc do Lepla. Trochę bałem się, bo przed kilku dniami słyszałem o zdarzeniu w którym stado wilków napadło na ułana - zjadły konia i jego samego zostawiając tylko buty. Sadziłem, ze przyczyną napaści wilków był raczej koń, a ja szedłem na piechotę. Dla kurażu jednak raz wystrzeliłem, celnie trafiając w porcelanową izolację drutów telefonicznych czy raczej telegraficznych. W gimnazjum odbywał się właśnie wieczorek taneczny. Na moment przyskoczyła do mnie Lurije, ale zaraz odskoczyła - przestraszył ją chyba mój karabin i umundurowanie żołnierskie Dyrektor Szczęsnowicz prosił przyjść do niego ranem, bo teraz w nocy, trudno szukać żądanego zaświadczenia. Poczułem się na zabawie młodzieżowej chochołem. Polek nie było, więc nie zaproponowano mnie pozostać. Bałem się rozstać z Mauserem (nazwa pierwszorzędnego na owe czasy karabinu). Wyszedłem więc nie proszony i - nie zapraszany. Znalazłem jakąś wartownię, gdzie bez formalności przespałem się na pryczy - było ciepło. Z rana udałem się do Dyrektora - był jeszcze w łóżku po balu, świadectwo moje leżało na szafce nocnej Otrzymałem je, podziękował mi za postępy w nauce i na tym pożegnaliśmy się.

Swój batalion znalazłem w Dużych Dolcach, rekwirujący furaż dla koni. Na wozie z sianem dotarłem do swojej kompanii, z którą dojechałem (jak już pisałem) pociągiem towarowym do Wilna. Po ukończeniu kursu dla referentów oświatowych miałem zamiar wstąpić do podchorążówki, ale dowódca kompanii poradził mnie " - lepiej świnie paść niż zostać oficerem". Żeby mieć większy posłuch postanowiłem swoje nowe funkcje pełnić w 4 kompanii, bo w 6-tej byłem traktowany dobrze, ale jako dziecko, co nie odpowiadało godności referenta oświatowego.

Tymczasem 30 dywizja Strzelców Kaniowskich została wysłana za Twerecz nad rzekę Dzisno (majątek Ludwinowo) - na front. Z plecakiem naładowanym materiałami oświatowymi, ruszyłem wraz z innym referentem na poszukiwanie 4-tej kompanii. Już po drodze szerzyliśmy oświatę, przeważnie darowując portrety marszałka Piłsudskiego, uświadamiając co zrobił dla Polski i o zamierzeniach odzyskania dalszych polskich ziem, stworzeniu wolnej Polski i położeniu zapory przed bolszewizmem. Zostałem przydzielony do III plutonu (dowódca - plutonowy Wianuża). Tam o pracy oświatowej nie było mowy - stacjonowaliśmy w lesie, w namiotach, w okolicach Dzisnej. Zaczęły się pierwsze walki przed ofensywą lipcową bolszewików; Początkowo szliśmy naprzód, kłaniałem się gwiżdżącym kulom i opędzałem jak od komarów, ale szybko oswoiłem się. "Nie ma nad żołnierza dzielniejszego człowieka chociaż kule gwiżdżą, ale nie ucieka". Potem kopanie okopów, bardzo nie lubiane i uciążliwe dla mnie z powodu czerwcowych upałów. Chleb biały z amerykańskiej mąki mniej mnie smakował niż poprzedni razowiec, ale był wystarczający dla zaspokojenia głodu. Obiady z powodu upałów były gotowane nocą i dostarczane nad ranem, a mimo to często były skwaśniałe. Czasami zamiast chleba dostawaliśmy tzw. żelazne porcje w blaszanych pudełkach (5 x 5 x 20 cm) zawierające ok. 20 białych herbatników bez smaku. Przy panujących upałach i wzmożonym wysiłku fizycznym (kopanie okopów) nie uzupełniały one utraty soli traconej z potem. Było to jednak tylko przygotowanie do gorszego głodu, przed odwrotem lipcowym w 1920 roku. Wspomnę o kilku utrwalonych w pamięci przeżyciach:

Sekret
Obecnie nazywany chyba czujką, polegał na tym, że w nocy dwóch żołnierzy pełniło służbę przed okopami, w odległości ok. 200 m, czujnie nadsłuchując, czy nie nadciąga nieprzyjaciel. W razie stwierdzenia zbliżania się wroga, alarmowano przez strzał z karabinu kompanię i uciekało w okopy. Warta trwała ok. 2 godz., była pełna napięcia i wytężenia słuchu, a zbliżanie się żołnierzy na zmianę warty, choć bezszelestne, było wyczuwalne i sprawiało pełną przyjemności ulgę. Raz tylko podczas pełnienia tego rodzaju warty, byliśmy zaniepokojeni patrolem bolszewickim, który po strzale alarmowym zaklął brzydko i oddalił się.

Patrol
Podczas zbliżającej się wielkiej ofensywy bolszewickiej, pełniliśmy służbę w pierwszej linii w okopach, bliska miejscowości Ludwinowo, nad rzeka Dzisną. Dzielił nas od linii bolszewickiej las, który patrolowaliśmy, by uniknąć zaskoczenia natarciem. Jedna patrol wracała, druga szła patrolować. Po powrocie patrolu, przed samym wschodem słońca, natychmiast zasnąłem w okopie. Ze snu obudziły mnie strzały armatnie i pękające nad nami szrapnele. Uczucie zimna i senności, a może strachu, przykuwały mnie przez chwilę do dalszego snu, zanim nie rozbudziłem się zupełnie, nie mogłem zerwać się do walki. Piszę o drobnych przeżyciach, nie za ważnych, ale odczuwanych i przeżywanych przez żołnierzy, a przy opisach zasłanianych bohaterskimi czynami.

Pod Okuniewem - jeszcze przed ofensywą bolszewicką, rozpoczął nieprzyjaciel ostrzeliwać z artylerii nasze przedpola, przed natarciem piechoty - natarcie odparliśmy, ale ze wsi Okuniewo, która zajęła się pożarem zaczęło uciekać bydło. Mój sąsiad wciągnął do okopu warchlaka, którego zaraz zakłuł bagnetem. Wielka nadzieja, że będziemy mieli dobry obiad zawiodła - zupa i mięso zostały dostarczone nad ranem i miały kwaśny smak i nieprzyjemny zapach psującego się mięsa.

Artyleryjskie organy
Jeszcze przed wielkim odwrotem nad Wisłę zostaliśmy późnym wieczorem zaatakowani przez nieprzyjaciela. W ciemności pękające granaty ziały granatowym ogniem (może stąd ich nazwa?) i dawały charakterystyczną woń rozpalonego żelaza. W tym czasie nadeszła zmiana, w świetle pękających granatów przesuwały się przed nami ciemne postacie żołnierzy innej kompanii - zajmowali oni nasze miejsce w okopach. My cofnęliśmy się do lasu leżącego parę kilometrów w tyle. Postawiliśmy karabiny w kozły i w pobliżu ułożyliśmy się do snu. Nad nami przelatywały ze świstem pociski naszej artylerii. a granaty grały jak organy rezonowane przez las. Przyjemny wypoczynek pod parasolem naszych: pocisków i przy organowej muzyce wydawanej przez nie, nie trwał długo.

O piosenkach żołnierskich
Kilka piosenek śpiewanych w czasie mojej służby wojskowej, w urywkach, gdyż całości nie pamiętam.

Najpopularniejsza była piosenka Rozkwitały pęki białych róż, dalszych słów nie przytaczam, bo przypuszczam, że jeszcze obecnie słowa te są dobrze znane. Drugą bardzo znaną był marsz My, pierwsza brygada, Jej zwrotka:
nie chcemy już od was uznania,
ni waszych serc, ni waszych łez
powstała po chłodnym przyjęciu legionów przez kielczan, gdy zajęto Kielce i spodziewano się gorącego powitania i zrywu ludności do walki z Moskalami. Za Kielcami w miejscowości Słowik jest most, podobno z istniejącym jeszcze napisem "most Środy". To tam plutonowy Środa ze swoim oddziałem czekał na odpowiednią porę, by zająć Kielce. Nadmieniam to, by nie utonął ten fakt w zapomnieniu, również dlatego wspominam o przetrwałym dotychczas pomniku koło Słowika, przy szosie prowadzącej z Kielc do Krakowa, w miejscu przekroczenia granicy rosyjskiej przez wspomniany oddział Legionów Polskich.

Zachowała się w pamięci zwrotka:

jak ja żołdu nie dostanę
rym-cym-cym,
to karabin rżnę o ścianę
rym-cym-cym

Miałem cichą obawę, by żołnierze podczas wielkiego odwrotu, gdy odzywały się głosy "chleba chleba" nie zaczęli śpiewać

jak ja chleba nie dostanę
rym-cym-cym,
to karabin rżnę o ścianę
rym-cym-cym


Inne piosenki nie są już związane z głębszymi przeżyciami.

Raz w pewną noc do jednej wsi
szedł żołnierz po kwaterze
i do młynarza zaszedł wsi
i wnet je szturmem bierze.

A ty młynarko puść do diabłów stu,
nie będę stał na zimnie,
młynarko puść nic złego tu
nie stanie ci się przy mnie

- bo my żołnierze to jak psy,
bezdomni my włóczęgi,
nas gnębi Moskal, gryzą wszy...


i dalej nie pamiętam, wiem tylko, że obiecuje młynarce, że za każdy całus da jej kwit, a NKN (Naczelny Komitet Narodowy) zapłaci.

Gdy żołnierze chcieli dokuczyć krótkotrwałemu dowódcy kompanii Żydowi (nawiasem mówiąc potem okazał się zdrajcą) śpiewali na melodię żydowską:

U młynarza Marcina,
jest tam ładna dziewczyna
trajli bum cyk-cyk....

Sporo było banalnych, sentymentalnych piosenek oraz kilka o nieprzyzwoitych słowach, których nie przytaczam. Wspomnę piosenkę ułożoną chyba jeszcze za czasów powstania Listopadowego:

Hej tam pod Warsiawą,
kędy Wisła płynie,
rozłożył się Moskal świnia
na polskiej krainie.
Panie poruczniku
prowadźże nas dalej,
my jeszcze chcemy
dzisiaj turbować Moskali".

Wspomnę piosenkę napisaną przez Kornela Makuszyńskiego, nie marszową, ale estradową:

Przyszła panna do żołnierza
z krwi rumieńcem, strasznie strojna,
Kto ty jesteś panno miła?
- jestem Wojna.

Powiedzże mi mój żołnierzu
czy cię swatał kto na świecie ?
Choć sto panien na mnie czeka
z tobą pójdę na kraj świata.

Ja w nagrodę Cię powiodę
aż na ślubne me kobierce
i serdecznie ucałuję
- kulą w serce

Spij Kolego w ciemnym grobie,
niech się Polska przyśni tobie...

- śpiewano po skończeniu obrządku pogrzebowego i oddaniu trzech salw karabinowych.

Przechodząc ulicą Świętojańską w Wilnie (koło kościoła św. Jana) za moich czasów już studenckich. Przypomniałem sobie dwa zdarzenia :

1) Prowadzono nas do kąpieli w łaźni, wyglądaliśmy jak dziady bez pasów i karabinów, z zawiniątkami czystej bielizny. Na komendę prowadzącego sierżanta "kompania śpiewa !" żołnierze chyba ze względu na swój nie żołnierski wygląd nie zaśpiewali. Nastąpiła wtedy druga komenda "kompania padnij!" - tym razem wszyscy padli na błotnistą ulicę, a potem potulnie zaśpiewali.

2) Przechodząc tą samą ulicą zobaczyłem przed kościołem akademickim św. Jana ustawioną w kozłach broń i sztandar - zaciekawiony wstąpiłem do kościoła mrocznego, prawie pustego, była tylko jedna kompania. Piękne organy, na których grał tu niegdyś będąc organistą Moniuszko, wprost szalały w graniu. Można było wyobrazić sobie szum lasu kanonadę artylerii i jakąś rozgrywającą się walkę. U mnie wywołało to wspomnienie przyjemnego, acz krótkiego snu w lesie, pod osłoną naszej artylerii w czasie wielkiego odwrotu. Koncert ten okazał się grany w rocznicę powstania listopadowego, organy pięknie oddawały nastrój zmagania się Narodu z wrogą siłą.

Zaskoczenie

W przeddzień naszego odwrotu nad Wisłę, prowadzeni ranni (z innej kompanii) do Izby Chorych, zostali ostrzelani w tyle, za naszą linią obronną przez nieprzyjaciela, usadowionego na wyspie leśnej położonej wśród wyschniętego w tym czasie torfowiska. Było ta zaskoczenie dla nas skąd nieprzyjaciel znalazł się na naszych tyłach. Według wiadomości zasłyszanych przeze mnie, za pewność których nie mogę ręczyć, bolszewicy przerwali front nad Berezyną na odcinku VIII dywizji dowodzonej przez gen. Majewskiego i wdarli się głęboko na nasze tyły. zaskoczenie było zupełne, nie mieliśmy żadnych danych o porażce VIII dywizji. Została wysłana kompania dla wyparcia nieprzyjaciela. ze wspomnianej wyspy, cel nie został jednak osiągnięty. Dowódca kompanii por. Pawulski został ranny w nogi i nie mogąc cofać się z uciekającymi żołnierzami popełnił samobójstwo Duży żołnierzy rannych i zabitych przez wroga zostało odartych z ubrań do naga. Posłano naszą IV kompanię. Dowódca mając lepsze rozeznanie przed atakiem, na brzegu lasu oddzielonego od wyspy wyschniętym torfowiskiem (porośniętym mchem sięgającym do pół łydki), rozkazał pozostawić cały rynsztunek prócz karabinu, ładownic i szpadki. Wtedy zobaczyłem obraz klęski żołnierzy zabitych w pierwszym ataku. Rozebrani przez nieprzyjaciela leżeli teraz zwróceni martwymi oczami w jego stronę. Nasz atak na wyspę udał się - dowódca z I plutonem zaatakował wyspę z prawej strony, a w tym czasie pozostałe dwa plutony z frontu wyspy. Zwycięstwo, było jednak pozorne, bo nieprzyjaciel był już daleko za naszymi plecami wlewając się przez wykonane wyłomy na odcinku VIII dywizji, ale o tym nie mieliśmy jeszcze informacji i nadal strzegliśmy swego odcinka frontu. Przed zajętymi okopami została podpalona samotnie stojąca stodoła by oświetlać przedpola naszej 1 linii obronnej.

Następnego dnia dowództwo X Dywizji było już zawiadomione o klęsce VIII Dywizji i zaczął się forsowny odwrót przez Szarkowszczyznę, Hermanowicze, Koziany itd. gen. Żeligowski podobno objął dowództwem prócz IX Dywizji również pozostała część `III dywizji Odwrót aż do linii Niemna odbywał się w otoczeniu ze wszystkich stron przez nieprzyjaciela. W dzień i w nocy trzeba było patrolować miejscowości zanim do nich zbliżyliśmy się. Głód, pragnienie i fizyczne zmęczenie panowały wszędzie. Przy zatrzymywaniu kompanii każdy siadał na miejscu i drzemał. Nie było już ochotników, w patrol szli ci, którym rozkazał dowódca. Mnie, oprócz wspomnianych trudów gnębiła myśl, że oddalam się od rodzinnego domu i nadziei zwycięstw. Żołnierze w szeregach krzyczeli często - chleba -, były wypadki buntu poszczególnych żołnierzy i sądy polowe kończące się wyrokami rozstrzelania. Widać było leżących w kurzu obok drogi żołnierzy znużonych i nie nadążających w marszu. Palono zbędny rynsztunek, by nie mieć obciążenia Koło miasta Lidy studnie były wyczerpane z wody. Węza z miodem po rozrzuconych ulach, wobec strasznego pragnienia, nie mogła służyć do zaspokojenia głodu. Wsie po drodze - jakby wymarłe. Zapasy żywności miejscowej ludności albo pochowane, albo wyjedzone przez oddziały przechodzące poprzednio. Do dalej położonych wsi od trasy marszu było niebezpiecznie oddalać się, ale głód zmuszał do tych niebezpiecznych wypadów bez zezwolenia dowództwa. Z kałuż mimo zakazu pito wodę wyciskaną z wilgotnego błota.

Rabunek
Pewnego razu z przygodnym żołnierzem wyprzedziliśmy kompanię, by dotrzeć do obok leżącej wsi. Nikogo tam żywego nie zastaliśmy. Upatrzyliśmy sobie dom wyglądający na zasobny, z drzwiami zamkniętymi na kłódkę Przez okna domu nie było widać nikogo, ale szybka okna składała się z dwóch połówek i po odsunięciu jednej okno dało się otworzyć. Mój kompan kazał stać w pogotowiu z karabinem gotowym do strzału, wskoczył przez okno do izby i - powtarzając wciąż bym pilnował - dojrzał w beczce na dnie okrągły, dwu-, trzy-kilowy bochenek chleba Chciał z nim rejterować, ale ja poprosiłem by zajrzeć do glinianych dzbanuszków - było tam zsiadłe mleko. Namówiłem go do wzięcia. Zdobyczą podzieliliśmy się równo W pogoni za kompanią mleko pluskało, co chwila popijałem je dużymi łykami, ale przy biegu wylewało się nie tylko z dzbanuszka ale i ustami. Mój kompan był może mniej głodny lub zmęczony po podziale chleba nie pijąc i nie jedząc wyprzedził mnie, czego nie żałowałem, bo sam podjadłem, napiłem się, napchałem kieszenie chlebem, a co zostało to rozdałem.

Jeszcze raz (będzie często) o przyjemnym zaspokojeniu głodu. W Smorgonie (Miejscowość blisko Wilna słynna z obwarzanków smorgońskich sprzedawanych na jarmarku "na Kaziuka" tj. w dniu św. Kazimierza. w Wilnie na placu Łukiszki Słynny również z akademii smorgońskiej założonej przez któregoś z książąt Radziwiłłów dla tresury niedżwiedzi) wszedłem do chałupy prosząc o jedzenie, kobieta płaczliwym głosem odpowiedziała - nic nie mam panoczku, wszystko zabrali - siadłem zmęczony przy stole. Tym czasem wpadło dwóch żołnierzy, którzy nie zadowolili się odpowiedzią gospodyni i. poszli do kłodówki (spiżarnia) szukać jedzenia. Ja zmęczony nie poszedłem za nimi, ale odwinąłem obrus na stole i znalazłem trzy jęczmienne bliny. Jeden zacząłem jeść, a dwa schowałem do chlebaka. Wychodząca z kłodówki kobieta załamała ręce, ale byłem bezlitosny - powiedziałem, że gdyby dała dobrowolnie to podzieliłbym się z nią.

Cudowne moim zdaniem ocalenie.
W pobliżu Wilna, podczas względnego spokoju, postanowiłem na postoju wykąpać się w rzeczce, nad którą staliśmy. Nadleciał nieprzyjacielski samolot, ale nie był on powodem dla powstrzymania się przed orzeżwiającą kąpielą.

Dowódca wezwał mnie i kazał udać się do Wilna, by powiadomić żonę, że jest zdrów i by jak najspieszniej wyjechała z miasta do Polski. Doszła bowiem wiadomość, że Wilno mają zająć Litwini. Inni oficerowie wtykali adresyswoich rodzin, by zadepeszować w Wilnie, że są żywi i zdrowi. Miałem dotrzeć do taborów i wziąć konia, by jak najszybciej dotrzeć do celu. Koło miasteczka Kobylniki w pobliżu jeziora Narocz ciągnęły tabory, ale nie naszego batalionu. Na tle palącego się lasu żołnierze śpiewali, skrzypiały koła wozów, które powoli sunęły po piszczystym trakcie. Widok ten nie da się zapomnieć. Dotarłem do majątku Siemiatowszczyzna gdzie pośród stawów rybnych były rozrzucone tabory. Ale była noc i trudno szukać swojego. Postanowiłem dowiedzieć się w sztabie, gdzie dostać konia, aby wypełnić rozkaz mojego dowódcy. Sztab obradował w typowej, wiejskiej chacie. Nie wkroczyłem do izby, usiadłem na ławeczce na ganku. Żadnej warty, nikt mnie nie utrudniał odpoczynku. Dobrze było słychać naradę sztabu. Drzemiąc, zapamiętałem jednak dobrze słowa gen. Lucjana Żeligowskiego "a może dobrze byłoby rzucić na tyły nieprzyjaciela czterysta bagnetów". Nie doczekałem się końca narady, zaczynało świtać, poszedłem szukać naszych taborów wśród stawów. Szczęśliwie szybko je znalazłem. Był tam już dowódca kompani z 17 niedobitkami. Okazało się, że wkrótce po moim wyjeździe, oddział kawalerii nieprzyjacielskiej napadł na biwakującą kompanię. Czy wśród ocalałych 17 żołnierzy byłbym ja ?

Po kilkunastu godzinach doszedł zastępca dowódcy (wtedy nazywany subalternem) ppor. Galantek. Schronił się on w leśniczówce, kilka godzin spędził tam w ciszy i spokoju, w warunkach przypominających dom rodzinny.

W Supraślu, w puszczy Białowieskiej, zatrzymaliśmy się wśród lasu, na polanie. Było tam poletko kartofli, których nakopałem do menażki, wymyłem w rzeczce płynącej w pobliżu i postawiłem do gotowania, ciesząc się na dobry posiłek. Niedługo położyli się koło ogniska dowódca batalionu, dowódca mojej kompani i sierżant - też czekali, aby pożywić się. Nie pomogło odwlekanie gotowania, sypnąłem do nadstawionych czapek kartofli, a sobie i sierżantowi zostawiłem po dwa kartofle. Zrozumiałe, że byłem bardzo rozżalony i zły. Na propozycję dowódcy kompani, by odpocząć - jadąc na koniu, odpowiedziałem odmownie ... Niedługo przyniósł mnie sierżant białą bułeczkę, a dowódca podzielił się swoją - i tak zostałem rozbrojony ze złości i zaspokoiłem głód. Bułeczki zdobył sierżant z wywróconego wozu któregoś oddziału poznańskiego, pomagając im ten wóz podnieść. Podczas noclegu dowódca kompani por. Chłopecki kazał położyć się koło siebie i przykrył nas obu swoim płaszczem.

Głód, pragnienie i zmęczenie towarzyszyły nam podczas całego odwrotu. W marszu drzemaliśmy, idąc jak automaty, a gdy przypadkowo ktokolwiek nastąpił na na obcas idącego z przodu budząc go z drzemki i naruszając jego automatyczny krok, spotykał się ze złym warknięciem i przekleństwem. Koło miasteczka Wasilków, nad ranem, zobaczyłem sunący jak pstry wąż pociąg pancerny. Spodziewałem się, że narobi nieprzyjacielowi szkody, ale pociąg niedługo zawrócił, napotykając rozebrany tor kolejowy. Zniszczyli go właśni żołnierze, bo nie mieli innego wyjścia. Siedząc w wykopanym dołku, posilałem się młodym grochem. Plan zastrzelenia spotkanej we wsi kury nie powiódł mnie się, bo po pierwsze nie spotkałem jej powtórnie ,a poza tym pomyślałem, że harcerskie nauki o pieczeniu kury w mokrej glinie nie powiodłyby się, gdyż miałem wstręt do patroszenia drobiu. Doszliśmy nad Niemen koło miasteczka Łunno. Saperzy budowali tam most dla przejścia rzeki, a my ostrzeliwaliśmy się przed nieprzyjacielem. Sierżant Nowak stojąc za kopą żyta, po zbudowaniu przez saperów mostu, kazał pojedynczo wycofywać się, a reszcie tyraliery strzelać. Nie wiem co stało się z sierżantem, gdyż już nie znalazł się w kompani . Był późny wieczór gdy przeszliśmy most. Byłem bardzo przygnębiony dalszym oddalaniem się od domu i niewiadomą przyszłością. U wejścia na most stał gen. Żeligowski - powiedział, że jeszcze będziemy bić wroga. Tymi słowami bardzo podniósł mnie na duchu, ale odwrót trwał dalej. Przygnębienie rozpraszał głód i starania o jego zaspokojenie a także obawa przed dostaniem się do niewoli. W Ostrowie Mazowieckim znowu widziałem gen. Żeligowskiego, gdy rejterująca wyższa szarża wojskowa proponowała mu, idącemu na piechotę, miejsce w samochodzie. Odmówił, niedbale machając ręką, czym wywołał entuzjazm żołnierzy, że ich nie opuścił.

W Ostrowie Mazowieckim udało się mnie najeść gorącego, wprost z pieca, chleba. Czy z jego czy też z innych powodów dostałem biegunki, a później okazało się, że zachorowałem na dezynterię. W gorączce, wpółprzytomny, zostałem zabrany na izbę chorych. Potem, dobrze już z powodu gorączki nie pamiętam, zostałem przewieziony do szpitala w Łodzi. Z tego przejazdu pamiętam jak przez sen jazdę tramwajem przez Warszawę i pociągiem towarowym dalej. Szpitala nie zapamiętałem, jak długo chorowałem - nie wiem.

Jako ozdrowieńca wcielili mnie do nowo sformowanej kompani i wysłali do Płocka. Tam czułem się zupełnie zdrów. Zwiedziłem katedrę. Wszędzie biedne kobiety wtykały chleb smarowany marmeladą i częstowały kawą. Przykro było odmawiać, ale nie byłem już głodny. Dostawaliśmy dobre obiady gotowane przez płocczanki. Na ul.;icach widziało się oddziały kobiet z łopatami, przygotowujące okopy. Było przyjemnie, że nie trzeba samemu już się okopywać i że ludność nie jest obcą dla żołnierzy. Tylko Mariawici, niechętnie traktowani przez katolików, nie byli zdecydowani do obrony kraju. Wkrótce znaleźliśmy się poza Płockiem w okopach. Po sutym obiedzie żołnierze zaczęli wychodzić z nich po wodę. Nasz artyleria, nie dobrze zorientowana, zaczęła ich ostrzeliwać - musieliśmy się wycofać z okopów do Płocka ku niesmakowi i wstydowi własnemu i naszej artylerii.

Około 18 sierpnia 1920 r. rozpoczęto pod Płockiem próbę odrzucenia nieprzyjaciela dalej od miasta. Początki były pomyślne, ale pod wieczór zobaczyliśmy, że kawaleria nieprzyjacielska zdobyła most stojący pomiędzy przedmieściem Płocka - Radziwiem - a Płockiem. Znaleźliśmy się w tyle wroga, odcięci od swoich i odgrodzeni Wisłą. Na przepłyniecie rzeki wpław w tym miejscu nie było szans, wszystkie łodzie po drugiej stronie Wisły, najbliższy most w Wyszogrodzie oddalony o 40 km. Siedzieliśmy bezradnie nad brzegiem rzeki. Dowódca kompani gdzieś zniknął. Wielu żołnierzy rozlazło się, być może do swoich domów rodzinnych lub poprzebierać się w cywila. Jedyny oficer - młody artylerzysta - przemówił do żołnierzy, że przeprawa przez Wisłę jest niemożliwa, iść do Wyszogrodu za daleko i bez sensu ("potopią i wystrzelają nas jak kury"), jedyną możliwość widział w niespodziewanym ataku na most łączący Radziwie z Płockiem. Było to rzeczywiście jedyne wyjście. Podeszliśmy pod Płock, wśród lasu i pisków trzeba buło popychać jedyną armatę jaką mieliśmy. Bolała mnie głowa, z nosa kapała krew, zgubiłem czapkę. Wśród ciemności zbliżyliśmy się do celu aby zdobyć most. Wtym samym czasie złapano jeżdżca, który okazał się łącznikiem Wojska Polskiego i od niego dowiedzieliśmy się o wycofaniu z Płocka nieprzyjacielana skutek klęski pod Radzyminem. Przed wycofaniem wymordowali personel i rannych wszpitalu. Tak więc szczęśliwie uniknęliśmy bratobójczej walki.

Z zebranych żołnierzy uformowano kompanię i wysłano pod Modlin na przeszkolenie i wypoczynek.. Wkrótce wybrano żołnierzy pochodzących z kresów wschodnich, by utworzyć z nich pod dowództwem gen. Żeligowskiego "wojsko zbuntowane", które nie podporządkowując się rządowi RP miało zająć Wilno. W ten sposób powstała tzw. Litwa Środkowa, która na drodze głosowania przyłączyła się do Polski. I tak znalazłem się w Wilnie.

Głód i chłód nadal towarzyszyły. Po zajęciu Wilna wpadłem do piekarni Witkowskiego przy ulicy Kolejowej i zaopatrzyłem się w chleb. Niedługo potem wymaszerowliśmy z Wilna w kierunku Suderwi - majątku późniejszego kandydata na prezydenta - prof. Zdziechowskiego. W nocy było bardzo zimno - koca ani płaszcza nie miałem, chciałem zaziębić się i zachorować , więc na krótkim postoju położyłem się na ziemi - ale nie zachorowałem. Rano znalazłem się w pustej lecz ciepłej izbie - rozpaliłem w piecu i napiekłem kartofli, które tam znalazłem. Dość miałem wojaczki, tym bardziej, że do Litwinów nie żywiłem wrogości, nie broniliśmy już Ojczyzny, ale staliśmy się napastnikami. W grudniu roku 1920, gdy była demobilizacja, poprosiłem o zwolnienie mnie. Usiłowano nakłonić mnie do służby zawodowej, na co stanowczo się nie zgodziłem. Został mnie zabrany pas wojskowy ( żołnierz bez pasa wygląda jak aresztant ) i dostałem kartę podróżną do stacji Ziabki, znajdującej się na granicy sowieckiej, a najbliżej położonej mojego domu. Tłumaczenie moje, że nie mogę tam jechać nie znalazło zrozumienia, więc bez większego namysłu scyzorykiem wydrapałem stację Ziabki i napisałem Kraków. Fałszerstwo było widoczne, ale co mnie władze kolejowe mogły zrobić - mnie, zdemobilizowanemu żołnierzowi ! Konduktor spojrzał tylko wymownie, ale nie zrobił uwagi.

I tak pierwszego dnia Bożego Narodzenia roku 1920 znalazłem się w Krakowie, gdzie w klasztorze OO Kapucynów zacząłem życie cywilne i przygotowania do egzaminów gimnazjalnych. O tych czasach napisałem pisząc o moim bracie Antosiu w notatkach pt. "Oblicza moich miłości".

Nie chciałem w czasie służby wojskowej mieć żadnych awansów ani odznaczeń, chciałem bezinteresownie i z miłości służyć Ojczyżnie. Gdy dowiadywałem się, że mam być awansowany lub odznaczony, prosiłem by tego nie robić, a na moje miejsce byli chętni. Bez mojej wiedzy zostałem mianowany starszym strzelcem i uhonorowany medalem "Polska swemu obrońcy".





Wspomnienia te spisane zostały w latach 1979 - 1980, w ostatnim roku życia Jerzego Borysowicza.
Poza niewielkimi skrótami starałam się dokładnie zachować sposób mówienia i styl pisania naszego Ojca. Wiem, że opowiadania te były najlepszym lekarstwem w ostatnich chwilach choroby, a dla mnie stały się najcenniejszym źródłem poznania początków naszej rodziny.
Jeżeli są w nich jakieś niejasności lub braki, niestety muszą pozostać już na zawsze.
Myślę, że życie dopisze ciąg dalszy -

Iwona Borysowicz-Postawka


--------------------------------------------------------------------------------


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez dj dnia Czw 8:37, 04 Cze 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
bolas
kapral podchorąży
kapral podchorąży


Dołączył: 05 Sie 2005
Posty: 13030
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 27 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: II Rzeczpospolita

PostWysłany: Czw 8:55, 04 Cze 2009    Temat postu:

Świetna sprawa, dzięki za wstawienie ! Smile

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Strzelcy Kaniowscy - Forum Strona Główna -> 30 pułk Strzelców Kaniowskich 1919-1939 Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
gGreen v1.3 // Theme created by Sopel & Programosy
Regulamin